|
Statystyka |
Użytkownicy: 4
Nowości: 58
Linki: 21
gości: 54798
|
|
|
|
Wpisał: ks. kan. Kazimierz Kapusta
|
|
16.09.2007. |
17 wrzesień 1939 roku Nasza Ojczyzna zostaje ugodzona nożem w plecy, tak mówimy o napaści sowietów na nasz kraj. Długie lata tumaniono w propagandzie oficjalnej to zdarzenie. Słów takich jak: Katyń, Ostaszkowo, Miednoje, Bykownia i innych miejsc dokonanej zbrodni nie wolno było wypowiadać. Pozostała jednak wieść o tych zdarzeniach w sercach prawdziwych Polaków. Chcemy je przypomnieć dla naszej młodzieży i dzieci.
Katyń. W szkole podstawowej nie usłyszałem o nim ani słowa. Zbrodni katyńskiej nie było także w programie nauczania historii w liceum. Kiedy budziła się wolna Polska, prawdę o Katyniu usłyszałem w domu, opowiedzianą ściszonym głosem przez mamę.
Pracusie z NKWD Jarosław Dudała
– W tej czaszce widać dziurę po kuli i ślad po uderzeniu tępym przedmiotem. To znaczy, że ktoś dobił rannego – mówi ukraiński prokurator Andriej Amons nad jednym z grobów w podkijowskiej Bykowni. To las, w którym pochowano w tajemnicy około 30 tys. ofiar NKWD.
Prawdopodobnie część z nich to Polacy z tzw. ukraińskiej listy katyńskiej. Dlatego w Bykowni pracuje teraz polsko-ukraińska ekipa ekshumacyjna. Działa na zlecenie polskiej Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i we współpracy z jej ukraińską odpowiedniczką. Ekspedycją kieruje prof. Andrzej Kola – archeolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Stronę ukraińską reprezentuje emerytowany prokurator Andriej Amons. Właśnie w prokuraturze w 1994 r. po raz pierwszy usłyszał on o Bykowni. – To największe tego typu cmentarzysko na Ukrainie – uważa prok. Amons. Według niego, idący na śmierć więźniowie nie wiedzieli, co ich czeka. Byli prowadzeni do specjalnej celi. Tam osobiście rozstrzeliwał ich komendant więzienia. Kto?
Nazwiska morderców
– Rzecz w tym, że w okresie represji przewinęło się tu wielu komendantów. Był kapitan Szaszkow, Worobiow, inni… Wszyscy są wymienieni w książce, którą wydałem 2 miesiące temu – mówi prok. Amons. – Do rozstrzeliwania używano broni o małym kalibrze, najczęściej pistoletów margulin i karowin. Mały kaliber to mało krwi, małe ryzyko, że kula wyjdzie z drugiej strony i zrykoszetuje. Ale ponoć czasem trzeba było cztery razy strzelić, żeby zabić – dodaje Olaf Popkiewicz, młody archeolog należący do 12-osobowej polskiej ekspedycji, pracującej od lipca w Bykowni. Prowadzi dalej, do miejsca, w którym ciężarówki z ciałami wjeżdżały na tajny cmentarz. – Dokoła niego prowadziła tzw. czarna droga. Nawet dziś wystarczy dobrze kopnąć w ziemię, żeby zobaczyć w niej czarny żwir – mówi archeolog. Na zewnątrz drogi wzniesiono szczelny trzymetrowy płot z desek. – Tu była brama, a tam dwa budynki: jeden mniejszy (może wartownia?), a drugi większy, podmurowany – ¬pokazuje Popkiewicz. Gdyby nie jego wskazówki, trudno byłoby się tego domyślić. Wokół tylko sosnowy las.
Wojna trwa
– Teraz to wszystko jest zarośnięte drzewami, ale tu widać jakby amfiteatr – wskazuje archeolog. – Podobno w 1941 r. odbywały się tu egzekucje, wykonywane pospiesznie w obawie przed nadciągającymi Niemcami. Karabin maszynowy miał być ustawiony na tamtej górce. Podobno wykopano w tym miejscu całe wiadra amunicji do karabinu lebel. Według niepotwierdzonych przekazów, strzelał z niej francuski karabin maszynowy chauchat – dodaje Popkiewicz. – Wojna trwa, dopóki ostatni żołnierz nie zostanie pochowany – uważa Dymitr Prichodźko, jeden z pracujących w Bykowni ukraińskich robotników, wyspecjalizowanych w pracach ekshumacyjnych. – Robimy to z serca, rozumie pan? Nie mogę powiedzieć, że to lubię, ale to święta sprawa. Przecież tu leżą niewinnie zamordowani ludzie! – zapala się Dymitr, który ma osobisty powód, żeby odkrywać miejsca pochówku ofiar stalinizmu.
Przeżył
Dziadkowi Dymitra udało się w czasie wojny wyrwać z okrążenia. Złamał w ten sposób sławetny rozkaz Stalina: Ni szaga nazad!(ani kroku w tył!) Znaczyło to tyle, że czerwonoarmista ma walczyć albo umierać, ale nie wolno mu się cofnąć. Dziadek Dymitra wycofał się i został za to skazany na rozstrzelanie.
– Kula przeszła mu o tak – mówi Dymitr, pokazując, że pocisk otarł się tylko o miejsce nad uchem. – Szły tam potem jakieś kobiety i wykopały go żywego. Umarł 40 lat później – opowiada Ukrainiec. Aby zbadać, co kryje ziemia w bykowniańskim lesie, geodeci wojskowi sporządzili w 2001 roku mapę cmentarzyska. Teren, liczący 5,3 hektara, podzielono pionowymi i poziomymi liniami, poprowadzonymi w 2-metrowych odstępach. W miejscach będących na mapie punktami przecięcia się tych linii, prowadzi się odwierty.
Damskie torebki i złote koronki
Świdrami geologicznymi wydobywa się na powierzchnię to, co jest ukryte pod warstwą gleby: czasem zwykły piasek, a czasem kości, guziki z orzełkiem, polskie mundury, a nawet damskie torebki. Miejsca wykonanych odwiertów zaznaczane są palikami. Jeśli coś się znajdzie, na paliku zawiązywany jest pasek biało-czerwonej folii. Tak poznaje się zarysy grobu, który jest następnie przekopywany. – Na razie mamy w ten sposób przeszukany jeden hektar. To żmudna metoda, ale nie ma innej – mówi prof. Kola. Dodaje, że atmosfera wokół działalności kierowanej przez niego ekspedycji jest tak dobra, że na prośbę strony ukraińskiej potrwa ona trzy, a nie – jak planowano poprzednio – dwa miesiące.
Władze Ukrainy zdają sobie sprawę, że poszukując grobów polskich ofiar NKWD, ekipa prof. Koli odkrywa sprawy ważne dla Ukraińców. – Oni chcą tu zbudować pomnik, a także muzeum pamięci narodowej – mówi profesor, podkreślając, że koordynacja tych działań ze strony polskiej należy do Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Pracą ekspedycji interesują się też media z Ukrainy, a nawet z Niemiec.
Do połowy sierpnia badacze dokonali tysiąc odwiertów, zlokalizowali 115 grobów i przekopali nieco ponad 20 z nich. Groby mają średnio wymiary: 2x2 lub 3x3 metry i głębokość 2,2–2,6 m. Dwa groby są pewnie polskie, dwa dalsze prawdopodobnie też. – Znaleźliśmy w nich np. koronki ze złota, ale innego niż to używane na Ukrainie – mówi prof. Kola.
Hieny
– Niestety, wszystkie groby, które dotąd badaliśmy, były już wcześniej rozkopywane przez okoliczną ludność, poszukującą obrączek, złotych zębów itp. Potem teren był porządkowany za pomocą spychacza. Efekt jest taki, że natrafiliśmy dotąd tylko na jeden grób, w którym kości leżały w układzie anatomicznym – dodaje. W poszukiwaniach pomaga wykrywacz metalu. – Znaleźliśmy np. srebrny szkaplerz oraz medalik z polskim kościołem zmartwychwstańców w Wiedniu – mówi Olaf Popkiewicz.
– Trafiła się nawet bawełniana damska halka – dodaje archeolog Dominika Siemińska, doktorantka z Uniwersyteu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Po rozkopaniu grobów znalezione w nich kości badane są przez antropologa, a potem trafiają w te same miejsca – do ziemi.
Są tylko pakowane w plastikowe worki dla ułatwienia kolejnych ekshumacji, jeśli takowe okażą się potrzebne. Ale nie wszystko wraca do ziemi. Na pewno nie stanie się tak z odnalezioną w Bykowni pieczęcią ukraińskiej GPU (poprzedniczki NKWD).
Cenne znalezisko
Na pieczęci widnieje herb Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (ze słońcem i kłosami) oraz napis w dwóch językach – ukraińskim i rosyjskim. Historycy twierdzą, że pieczęć była używana tylko w latach 1922–1924. Prawdopodobnie trafiła do dołu w Bykowni, wraz z rzeczami osobistymi należącymi do ofiar mordów. W Bykowni pojawiają się polski attaché wojskowy w Kijowie, płk Krzysztof Kucharski, i konsul Anna Nowakowska.
Składają kwiaty pod pomnikiem, bo tego dnia – 15 sierpnia – przypada święto Wojska Polskiego. Płk Kucharski chłodno podchodzi do efektów badań w podkijowskim lesie. – Ataszat wojskowy na razie się tym nie zajmuje. Są wstępne ustalenia, że mogą tu spoczywać ludzie z listy katyńskiej. Ale to, co się tu znajduje, to szczątki. Równie dobrze mogą to być oni, jak i inni ludzie, którzy używali odzieży wojskowej. Miejmy nadzieję, że w końcu znajdziemy tych naszych biedaków – mówi pułkownik.
Szukam kuzyna
Chwilę później – poruszenie. Znaleziono kilka leżących razem czaszek i długich kości.
– Zakopali ludzi i na grobie zasadzili sosnę – komentuje prok. Amons. Rzeczywiście, kości zostały odsłonięte dosłownie pod korzeniami kilkudziesięcioletniej sosny. Mimo upiornej przeszłości Bykowni, historycy starają się zachować profesjonalny spokój. Z największym trudem przychodzi to zapewne Mieczysławowi Górze. To pracujący w Bykowni archeolog muzealnik, starszy kustosz z Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi, a zarazem wiceprezes Federacji Rodzin Katyńskich. – Mój kuzyn, por. Józef Kornat, jest na ukraińskiej liście katyńskiej – mówi Mieczysław Góra. – Bardzo bym chciał znaleźć tu identyfikator porucznika Józefa Kornata, ale to tylko marzenie…
Wołające krzyże
Dziś do Bykowni dojeżdża się inną drogą niż 70 lat temu. Najpierw jest to sześciopasmowa droga wylotowa z Kijowa na północny wschód. Za tablicą oznajmiającą wyjazd ze stolicy Ukrainy skręca się w prawo, w sosnowy las. Na jego skraju stoi pomnik, przedstawiający więźnia czekającego na egzekucję. Parę kroków dalej kamienny obelisk i stalowe krzyże o ramionach uniesionych w górę, jakby w geście modlitwy czy skargi. Po przejechaniu niespełna kilometra w głąb lasu widać rozkopaną ziemię, ludzkie czaszki. Na pniach drzew tabliczki ze zdjęciami i nazwiskami ludzi pomordowanych w tym miejscu, wstęgi w kolorach narodowych Ukrainy i tzw. ręczniki – tradycyjne ukraińskie chusty z charakterystycznymi wzorami. W głębi krzyż – pomnik. W 2001 r. modlił się tam Jan Paweł II.
Czarne wrony
Ponura historia Bykowni rozpoczęła się w roku 1937. Z lasów państwowych wydzielono wówczas dla NKWD 4,5 hektara sosnowego boru. Tak naprawdę to NKWD wzięło sobie ponad 5 hektarów, ale kto wtedy śmiałby im to mieć za złe... Dokoła tajnego cmentarzyska usypano ze żwiru wspomnianą już czarną drogę. To po niej poruszały się samochody przywożące zwłoki. W prasie pojawiły się informacje, że były to auta z napisem „Chleb”, żeby mieszkańcy Kijowa nie domyślili się, co naprawdę znajduje się wewnątrz.
Prokurator Amons nie potwierdza tego. Mogły to być samochody NKWD, którymi przewożono więźniów. Nazywano je „czarnymi wronami”. Ale najpewniej były to zwykłe ciężarówki. – W każdym razie samochody z trzech kijowskich więzień przyjeżdżały tu co noc – mówi prok. Amons. Jeśli się weźmie pod uwagę, że cmentarzysko było zapełniane przez nieco ponad 4 lata i leży na nim ok. 30 tys. ludzi, to okaże się, że pracusie z kijowskiego NKWD dzień w dzień mordowali ok. 20 osób.
Tata nie wróci Franciszek Kucharczak Jeszcze jedno uderzenie łopaty – i spod warstwy ziemi wyłonił się kawałek munduru polskiego oficera. Tak wykopano prawdę o zbrodni katyńskiej. I – mimo usiłowań – już nie zdołano jej zasypać. Starszy lejtnant NKWD Rubanow siedział na krześle jak zwykle pijany. I jak zwykle patrzył tępo przed siebie, bełkocząc coś pod nosem. Nagle coś w nim wezbrało. „Wszyscy mówią o mnie pijak. A nikt nie pyta, dlaczego ja piję”. Chwila ciszy… „O Panie, ilu ludzi przeszło przez moje ręce, samych Polaków ilu!” – zawył żałosnym głosem. Te słowa zapamiętała pracowniczka NKWD w Twerze Jekatierina Minajewa. Po latach zezna, co wie o tamtym zdarzeniu z połowy lat pięćdziesiątych. Niedługo potem Rubanow postradał zmysły.
Oni też zbrodniarze Gdy rozpadł się Związek Radziecki, zaczęły wychodzić na jaw szczegóły sowieckiego ludobójstwa, nazwanego zbrodnią katyńską. Zbrodnią, która nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego. Tymczasem już w lipcu 1942 r. jej część ukazała się pod warstwą ziemi w lasku nieopodal wsi Katyń. Nie stałoby się to, gdyby Hitler nie uprzedził planów Stalina i nie zaatakował swojego niedawnego sojusznika. Armie niemieckie błyskawicznie zajęły zachodnią Rosję aż po przedmieścia Moskwy.
We władaniu Niemców znalazła się też ziemia smoleńska. Któregoś lipcowego dnia przywiezieni tam polscy robotnicy przymusowi usłyszeli od miejscowych, że dwa lata temu opodal wioski działo się coś dziwnego. Tam i z powrotem jeździł autobus z jakimiś ludźmi i przez wiele dni było słychać strzały. Mówili o jakichś grobach, do których nie wolno było się zbliżać. Dziesięciu Polaków na własną rękę zaczęło kopać we wskazanym miejscu. Wykopali zwłoki dwóch oficerów. Polskich oficerów – majora i kapitana.
Odkrycie wywołało burzę. Niemcy mieli okazję pokazać światu, że nie tylko oni popełniają zbrodnie. Ba! Że Sowieci nie przestrzegają nawet umów międzynarodowych w sprawie jeńców wojennych, czego nie robili nawet hitlerowcy.
Tak więc na wielką skalę ruszyła ekshumacja. Do Katynia sprowadzono obserwatorów z różnych krajów. Prace były drobiazgowo opisywane, fotografowane i filmowane. Dla wszystkich było już jasne, dlaczego wiosną 1940 r. przestały przychodzić listy od kilkunastu tysięcy oficerów, zagarniętych przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 r.
Stalin nie mógłby już na pytanie generała Sikorskiego o los tych ludzi odpowiedzieć z miną niewiniątka: „Nie wiem, może uciekli do Mandżurii?”.
Traktat z Zachodem mówił, że jeśli Polska zostanie zaatakowana to Francuzi, Anglicy przyjdą z militarną pomocą. Niestety zostaliśmy zdradzeni 1 września 1939 roku i 17 września 1939 roku. Nadto sprzedani w Jałcie i w Teheranie i w Poczdamie. Tylko różaniec i inne wołania o broń, o nasz dom, rozpaczliwe wzywanie Boga o pomoc w odzyskanie wolności.
Rok generała Przemysław Kucharczak
Krew generała Andersa bryzga na wszystkie strony. Jedna sowiecka lub ukraińska kula właśnie trafiła go w biodro, druga utkwiła w udzie.
Wokół niego w ciemnościach świstają pociski. Ale wykrwawiający się w tę straszną noc 29 września 1939 roku generał nie wie, że te dwie głębokie rany prawdopodobnie… ratują mu życie. I wielu tysiącom Polaków w ZSRR. Trwa właśnie Rok Władysława Andersa, ogłoszony przez Senat RP. Większość z nas wie o Andersie tyle, że to zwycięzca z Monte Cassino. Tymczasem także inne epizody z jego życia są fascynujące. Urodził się w Błoniu pod Kutnem, ale jego rodzina pochodziła z Inflant. W I wojnie światowej chłopak walczył w armii carskiej. Później bronił Polski przed bolszewikami. Bardzo cenił go Józef Piłsudski.
Straszny wrzesień We wrześniu 1939 roku gen. Anders dowodził Nowogródzką Brygadą Kawalerii. 1 września mocno przeżył widok niemieckiego lotnika, który z pułapu 50 metrów masakrował bombami i kulami grupkę stu dzieci, które biegły z nauczycielką schować się w lesie. „Mam przedsmak tego, jaka będzie ta wojna” – napisał w pamiętnikach. Z pola bitwy pod Mławą wyprowadził swoje oddziały nierozbite. Koło Płocka dostał jednak odłamkiem bomby w kręgosłup. Na dziesięć minut stracił władzę w nogach. – Szczęśliwie udaje się naprawić samochód, który został trafiony i ma przeszło 30 dziur – opowiadał później. W gipsowym bandażu przeprowadził swoich ułanów wśród walk aż na południe kraju.
Czy był dobrym dowódcą? Prof. Paweł Wieczorkiewicz uważa, że jego dowodzenie stało poniżej średniej. „Głównym jego osiągnięciem było konsekwentne unikanie zaangażowania swych sił, choć akurat był tam, gdzie bić się należało” – twierdzi. Jego opinia wydaje się jednak zbyt surowa: Anders przez cały miesiąc uchronił swoje oddziały przez rozbiciem. I to mimo że pechowo trafiał pod komendę najbardziej tępych generałów w historii Polski. W bitwie pod Tomaszowem Lubelskim musiał słuchać rozkazów gen. Dęba-Biernackiego, niekompetentnego pyszałka. Biernacki kazał atakować na wszystkich odcinkach, bez żadnego pomysłu taktycznego, a później opuścił swoje wojska i uciekł.
Anders był jedynym dowódcą, który pod Tomaszowem wyrąbał sobie korytarz wśród oddziałów niemieckich. Wyszedł z okrążenia i ruszył ku granicy polsko-węgierskiej. Po drodze bił kolejne oddziały zaskoczonych Niemców. Jego ułani mieli własną artylerię i zwykle walczyli podobnie jak piechota. Pod Krasnobrodem jednak poszli też do szarży. Choć jeden szwadron wyginął, Niemcy się poddali. Anders uwolnił tam kilkuset polskich jeńców. Granica węgierska była tuż. Niestety, przed nią stała już Armia Czerwona. Anders próbował przebić się pod miastem Sambor. I nawet nieźle mu szło, choć Sowieci rzucili na niego czołgi. Polacy otworzyli ogień i wkrótce aż 18 sowieckich czołgów płonęło. Artylerzyści wystrzelili jednak w końcu ostatni pocisk. Więcej amunicji już nie było. – Podzielić się na małe grupki i przekradać się ku granicy! – rozkazał z ciężkim sercem Anders. Ruszyli między zaroślami. Raz kilka kroków od grupki generała przeszedł radziecki patrol. W końcu wpadli na partyzantów ukraińskich, zapewne wymieszanych z Sowietami. Anders dostał dwie kule. – Dalej idźcie sami! – wołał, ale żołnierze za nic nie chcieli go zostawić. Najpierw odpowiadali napastnikom ogniem, a potem pobiegli na nich do ataku na bagnety. „Jak wspaniała była w tej chwili ta garstka Polaków” – zapisał po latach generał. Żołnierze prawie nieśli go dalej na rękach. Dopadły go jednak krwotoki. „Dałem kategoryczny rozkaz, żeby szli na Węgry. Żegnam tych świetnych żołnierzy” – zapisał.
Kopnąć generała Rankiem generała aresztowali Sowieci. Już go wywozili ze Lwowa, zapewne do obozu dla polskich oficerów, ale… zepsuł im się samochód. Zaczęli szukać sprawnego. „Krzyczę, że krwawię i w ogóle nie mogę się ruszać” – zanotował Anders. W końcu zawieźli generała do lwowskiego szpitala. To ocaliło mu życie. 14 tys. polskich oficerów, którzy trafili do obozów jenieckich, Sowieci rozstrzelali.
Generał Anders przeszedł w ZSRR kilka więzień. Odmówił wstąpienia do Armii Czerwonej, choć funkcjonariusze NKWD kusili go wysokim stanowiskiem. Później bili go i kopali. Kiedyś, gdy powoli wchodził o kulach na schody, potrącali go na każdym piętrze. „Spadałem na dół. Cudem nie połamałem rąk i nóg” – pisał. Zimą wiele tygodni spędził w izolatce bez szyby w oknie. Co dwa, trzy dni dostawał chleb i talerz obrzydliwej lury. Andersowi wyrosła broda, zamarznięta na kość od ropy, która ściekała z odmrożonych policzków. Mimo to znów odmówił wstąpienia do sowieckiej armii. „Nie przetrzymałbym więcej niż dwa tygodnie” – napisał potem.
Przeniesiono go jednak do innego więzienia, na słynną moskiewską Łubiankę. Rosjanie pocięli mu tam ubranie i znaleźli medalik z Matką Boską. Anders wspominał: „Zbierają się w kilkunastu nad medalikiem. Śmiech grubiański. – No, zobaczymy, czy ci ta k… pomoże w sowieckim więzieniu. Medalik rzucony na ziemię i zdeptany nogą. Do dziś dnia nie mogę się otrząsnąć z wrażenia. Później w więzieniu często śnił mi się ten medalik. Ciągle widziałem twarzyczkę Matki Częstochowskiej, najczęściej podobną do św. Teresy. Czułem Jej ciągłą opiekę nad sobą. Im więcej słyszałem koło siebie śmiechu bezbożników, tym głębiej utrwalała się we mnie wiara w Boga”.
Przed wojną Anders był protestantem. W więzieniu postanowił jednak, że przejdzie na katolicyzm, jeśli przeżyje i odzyska władzę w nogach. Obietnicy dotrzymał.
Armia szkieletów Kiedy Niemcy napadli na ZSRR, Rosjanie nagle stali się milsi. Anders wyszedł na wolność, by zorganizować polską armię w Związku Sowieckim. Nie umiał jednak dopytać się, gdzie przepadło 14 tys. polskich oficerów. – Oni uciekli – powiedział mu kiedyś Stalin. – Dokąd mogli uciec? – pytał Anders. A Stalin: – No, do Mandżurii.
Do wojska napływali jednak inni Polacy, których Sowieci uwolnili z łagrów. Byli tak wygłodzeni i wycieńczeni, że całymi tysiącami umierali nawet już po dotarciu na miejsce. Anders zbudował z nich armię szkieletów. Mieli na sobie łachmany, ale – ku zdumieniu sowieckiego marszałka Żukowa – wszyscy byli ogoleni. „Przyjąłem defiladę żołnierzy bez butów. Uparli się, że chcą maszerować” – wspominał Anders.
Rosjanie nie przekazywali jednak Polakom dość żywności. Anders zdecydował więc o ewakuacji do Iranu, pod opiekę Brytyjczyków. Wbrew rozkazowi z Londynu ewakuował jednak całą 75-tysięczną armię. A także 40 tys. cywilów, w tym kobiety i dzieci, którzy przyjechali do niego z całego ZSRR. Anders naraził się tym czynem wszystkim, nawet Anglikom, którzy w Iranie nie chcieli tylu ludzi. Ale dzięki temu, że odważył się złamać rozkaz, ocalił tej cywilnej ludności życie.
Być może dlatego jego podwładni tak go kochali. Po krwawej bitwie o Monte Cassino Anders prowadził ich jeszcze do zwycięstw w bitwach o Anconę i Bolonię we Włoszech.
Życie osobiste Władysława Andersa było zagmatwane: przed wojną ożenił się z rozwódką, Ireną Jordan-Krąkowską. Miał z nią córkę i syna. Ale po wojnie rozwiódł się z nią. Ożenił się z poznaną w wojsku piosenkarką Ireną Jarosiewicz. W wieku 60 lat urodziła mu się córka. Generał przeszedł też na katolicyzm. Komuniści po wojnie odebrali Andersowi polskie obywatelstwo. Jednak z tym, że już nie wróci do kraju, generał pogodził się dopiero w 1960 roku. Kupił wtedy dom w Londynie. Wciąż działał na rzecz Polski.
Ale grał też z córką w piłkę, a z przyjaciółmi w brydża. W sobotę chodził z żoną do polskiego teatru, w niedzielę do kościoła. Czasem tylko w restauracji kelner prężył się na baczność, stukał obcasami i składał meldunek. Anders komenderował wtedy: „Spocznij!”, brał kelnera w ramiona i wypytywał o jego losy.
W ostatnim roku życia Anders zdążył się pojednać ze swoimi starszymi dziećmi. Coraz częściej odzywały się jego rany z 1939 roku. Zmarł w domu w Londynie w 1970 roku.
Na kłopoty Papczyński patron dzieci nienarodzonych
Joanna Jureczko-Wilk, Marcin Jakimowicz
Nie szła mu nauka, wyleciał nawet ze szkoły, a później został cenionym nauczycielem. Chciał zreformować swój zakon, ale bracia okrzyknęli go wichrzycielem, a nawet wsadzili do więzienia. Nowy polski błogosławiony nie pasuje do łzawych, cukierkowych żywotów świętych.
Fale Dunajca zalewały maleńką łódkę. Górale zacisnęli dłonie na wiosłach. W łodzi skuliła się kobieta w widocznej ciąży. Była przerażona. Wśród wirów i wysokich fal zaczęła się gorliwie modlić. Błagała o ocalenie. Wzywała na pomoc Maryję i powierzała Jej życie swojego nienarodzonego dziecka. Oj, gdyby wiedziała, jakie to błogosławieństwo wyda owoce…
Ten przeklęty alfabet!
Janek urodził się 18 maja 1631 r. w Podegrodziu, starej sądeckiej wsi położonej na brzegu Dunajca. Często widział matkę z różańcem w dłoniach, pomagał jej też dekorować drewniane beskidzkie kapliczki. Gdy skończył się czas beztroskich zabaw i trzeba było posłać Jasia do szkoły, pojawił się problem. Chłopak w żaden sposób nie mógł przebrnąć przez elementarne nauki. Jego starszy brat Piotr uczył się wzorowo, dla Janka nauka alfabetu była koszmarem. Ojciec machnął ręką: Nie ma sensu posyłać go do szkoły. Niech uczy się lepiej fachu. I tak w przyszłości będzie kowalem jak ja. I posłał chłopaka na łąkę. Miał paść owce.
Janek czuł się upokorzony. Górale widywali go często, jak siedząc na zielonych łąkach, modlił się. I wówczas zdarzyło się coś, co zaskoczyło całą rodzinę. Nadzwyczajna łaska (jak chcą biografowie), a może zwykły góralski upór sprawiły, że Jasiek potajemnie wrócił do szkoły i zaczął się znakomicie uczyć. Podobno alfabet wykuł w ciągu jednego popołudnia! Odtąd nie miał już problemów z nauką.
Kto by pomyślał, że niebawem wyrośnie na nauczyciela i autora poczytnych podręczników, a nawet na kandydata na ołtarze, do którego modły zanosić będą uczniowie, którzy najchętniej szkoły omijaliby szerokim łukiem.
W rynsztoku
Młody Jan Papczyński skończył szkołę w Podegrodziu, Nowym Sączu, a później wyruszył do Jarosławia i dalej na wschód, do Lwowa. Bardzo chciał uczyć się w tutejszym kolegium jezuitów. Spotkało go jednak ogromne rozczarowanie. Nie został przyjęty. Nie miał listów polecających. Pozostał samotny w ogromnym rozpędzonym mieście. By przeżyć, zaczął udzielać korepetycji. Lato 1648 wspomina jak koszmar. Najpierw na cztery miesiące zwaliła go z nóg wysoka gorączka, a potem całe ciało pokrył paskudny świerzb. Był tak odrażający, że rodzina, u której wynajmował pokój, wyrzuciła go na bruk.
Wylądował na ulicy. Wałęsał się zziębnięty po zaułkach miasta, przymierając głodem. Dotknął dna. Przy życiu trzymała go jedynie modlitwa. Doskonale odnajdywał się w krzyku psalmisty: „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie”. I wówczas nieoczekiwanie spotkał nieznajomego towarzysza, który zaopiekował się nim. Jan trafił do domu. Wrócił do pełni sił.
Czekamy na artykuł, może na adres podany na stronie.
|
|
Zmieniony ( 31.05.2010. )
|
|
Czytaj całość…
|
|
|
Wpisał: ks. kan. Kazimierz Kapusta
|
|
17.12.2009. |
|

Dnia 10 kwietnia 2010 Wielka tragedia w Smoleńsku i dlatego u nas w parafii specjalna Msza św. za ofiary katastrofy. Zgineli m.in Para Prezydencka i 94 osoby wielkich patriotów Polski. Razem 96 osób. Jechali, aby pokłonić się w Katyniu w 70 rocznicę zabójstwa katyńskiego.
OGŁOSZENIA 36 23 n. zw. - 5.09.2010. Zapowiedzi: Michał Kocia, stanu wolnego, zamieszkały w Jagodnem i Iwona Marlica, stanu wolnego, zamieszkała w Małyszynie Górnym przygotowują się do małżeństwa. Kto zna przeszkody zachodzące między tymi osobami niech je zgłosi w kancelarii parafialnej. ………………………………………. Dziękujemy za ubranie kościoła na dzisiejszą niedziele. Prosimy o ubieranie następne z kolejki. Dożynki 12 września, w drugą niedzielę września . Rozpoczynamy punktualnie o godzinie 10:45. przy figurze. Zapraszam całą Galę procesyjną. Zachęcamy do lektury czasopism katolickich. W Gościu m.in „Szkoła wiary – o niezwykłej okazji do głoszenia Bożej miłości, jaką jest katecheza w szkole. Uczę się od wampirów – rozmowa z ks. Przemysławem Kaweckim o tym, jak mówić młodym o Bogu ich jężykiem. Jestem jak koncert fortepianowy – wzruszająca rozmowa z Wojciechem Kilarem, w której kompozytor o wierze i miłości do żony. I wiele innych dobrych informacji, które podbudują naszą katolicką postawę. W środę, 8 września będziemy obchodzili święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Uczcijmy urodziny naszej Matki modlitwą i uczestnictwem we Mszy Świętej. U nas o 7, 9 i 18 z Nabożeństwem Nowenny do Nieustającej Pomocy. Na Mszach św. poświęcenie ziarna siewnego. Ministranci Szkół podstawowych mają spotkanie pierwsze z KS. Pawłem tego dnia po Mszy św. 18:ej. Ministranci Szkół ponad podstawowych podobne spotkanie zapoznawcze maja: ………………… Dzieci zapraszam w przyszłą niedziele na godzinę 11-tą. Niech Pan błogosławi. 11 września 2010 r. (sobota) w sanktuariach maryjnych naszej diecezji odbędzie się dzień skupienia dla narzeczonych. Nasi narzeczeni niech pojadą tego dnia do Kałkowa, Ew. do Skarżyska Ostra Brama na ul. Wileńskiej. 26 września 2010 r. – (niedziela) odbędzie się pielgrzymka małżeństw i rodzin na Jasną Górę.
Słowo KS. bpa Henryka do parafian w Gadce Drodzy Parafianie Parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Gadce
„Wypłyń na głębię” – taką zachętę przekazał Pan Jezus Świętemu Piotrowi. To wezwanie Chrystusa jest skierowane do nas wszystkich. Zachęcam Was, Drodzy Bracia i Siostry do aktywnego uczestnictwa w Misjach Parafialnych, które mają na celu pogłębienie naszej wiary i rozpalenie serc miłością do Pana Boga. Na owocne przeżycie Misji Parafialnych z serca błogosławię. + Henryk Tomasik Biskup Radomski
Słowo ks. prob. Kazimierza Zachowajmy dobre przyzwyczajenia wyniesione z domu rodzinnego, a zerwijmy ze złymi przyzwyczajeniami wyniesionymi z domu rodzinnego. 1. Proszę Was módlcie się o dobre przeżycie tych Misji. 2. Przesyłam Wam program. 3. Skorzystajcie! Musicie być każdego dnia w kościele. 4. Polecam Was Tej, która była u początku powstawania parafii Wasz proboszcz ks.Kazimierz Kapusta.
Peregrynacja w Gadce
Mieszkańcy Gadki trwaja na modlitwie
Modlitw Rodzin przed wedrującym obrazem
Przekazywanie obrazu....Przyjmicje Maryję jak św. Elżbieta ją przyjmowała...
Przyjmijcie jak nowożeńcy w Kanie Galilejskiej /doświadczyli wrażliwoście serca Maryi/
Przyjmijcie jak Apostołowie czekajacy na Ducha Świętego
Maryjo przeprowadź nas przez noce i mroki w naszej wierze.
Bądź z nami w kaźdy czas.
|
|
Zmieniony ( 04.09.2010. )
|
|
Czytaj całość…
|
|
|
Wpisał: ks. kan. Kazimierz Kapusta
|
|
17.08.2009. |
|
Rok Kapłański = 2009
Po pielgrzymce do Ars została zamówiona figura św. Jana Vianney. Artysta rozpoczął prace nad figurą. Intencję wiądącą zawarliśmy w prośbie: Niech św. Jan - patron XX Proboszczów pomaga w odbudowie moralnej naszej Ojczyyzny.
Powstaje figura. Taka jest w dniu 17 sierpnia 2009 w pracowni artysty; tyle widać. 
Prosimy o wsparcie modlitewne dla tego projektu.
w dniu 25 sierpnia 2009 r.
Św. Jan Maria Vianney - patron kapłanów Paweł Bieliński / maz., 2009-06-19
Według Jana Pawła II, który św. Janowi Marii poświęcił w 1986 r. swój „List do kapłanów na Wielki Czwartek”, jest on wzorem silnej woli w dążeniu do kapłaństwa.
... rozpoczyna się Rok Kapłański ustanowiony przez Benedykta XVI z okazji 150. rocznicy śmierci patrona proboszczów, św. Jana Marii Vianneya. Papież ma nadzieję, że ten kolejny rok jubileuszowy przyczyni się do pogłębienia „wartości i ważności posługi kapłańskiej”, a także będzie okazją do modlitwy o to, by Bóg „obdarzył swój Kościół licznymi i świętymi kapłanami”.
...Dlaczego akurat ten skromny ksiądz z francuskiej wioski ma stanowić przykład dla dzisiejszych i przyszłych duszpasterzy?
Jan Maria urodził się 8 maja 1786 r. w chłopskiej rodzinie we wsi Dardilly koło Lyonu. Powołanie kapłańskie zaczęło się w nim kiełkować pod wpływem proboszcza z Ecully. Dopiero w wieku 25 lat mógł wstąpić do seminarium duchownego, jednak został z niego usunięty z powodu trudności w nauce, zwłaszcza łaciny, wynikających z braku wykształcenia w dzieciństwie. W końcu pozwolono mu zdawać egzaminy nie po łacinie, ale po francusku, i w 1815 r. mógł przyjąć święcenia kapłańskie. Trzy lata później został proboszczem w wiosce Ars, zamieszkałej przez 230 osób. Po 40 latach z jego posługi chciało korzystać 80 tys. ludzi zjeżdżających tam z całej Francji. Jak tego dokonał?
Pozwól mi nawrócić parafię
W zaniedbanej religijnie parafii nie szczędził sił, by przywrócić ludzi do przyjaźni z Bogiem. „O Boże mój, wolałbym umrzeć miłując Ciebie, niż żyć choć chwilę nie kochając... Kocham Cię mój Boski Zbawicielu, ponieważ za mnie zostałeś ukrzyżowany... ponieważ pozwalasz mi być ukrzyżowanym dla Ciebie” – taka postawa prowadziła go do nadzwyczajnej gorliwości duszpasterskiej. Jego modlitwa: „O Boże mój, pozwól mi nawrócić moją parafię: zgadzam się przyjąć wszystkie cierpienia, jakie zechcesz mi zesłać w ciągu całego mego życia”, świadczy o głębokim poczuciu odpowiedzialności za ludzi powierzonych jego duszpasterskiej trosce. To poświęcenie siebie samego dla zbawienia innych wyrażało się w połączeniu stałych postów i długich godzin spędzonych na modlitwie z aktywnością duszpasterską, skupioną na katechezie, Eucharystii i sakramencie pokuty. To właśnie spowiadanie stało się jego szczególnym charyzmatem. Bywało, że spędzał w konfesjonale nawet kilkanaście godzin dziennie. Płakał nad grzechami ludzi. Starał się budzić w penitentach pragnienie skruchy za zło, którego się dopuścili, a jednocześnie „podkreślał piękno Bożego przebaczenia”. Dzięki temu, a także podejmowanej w ich intencji pokucie, udało mu się pojednać z Bogiem wielu grzeszników i doprowadzić ich do Eucharystii, co było powodem jego niewysłowionego szczęścia.
Przyczyna upadku kapłana
Mszę św. uważał bowiem za ośrodek duszpasterstwa. Był przekonany, że „wszystkie dobre dzieła razem wzięte nie dorównują ofierze Mszy św., gdyż są to dzieła ludzi, podczas gdy Msza św. jest dziełem Boga”. Zachęcał, by księża sprawując Eucharystię, sami siebie składali Bogu w ofierze, wcześniej zaś przygotowali się do jej odprawiania. Sam za każdym razem poświęcał na to przynajmniej 15 minut. Przestrzegał, że „przyczyną upadku kapłana jest brak skupienia podczas Mszy”. Miał też świadomość stałej obecności Chrystusa w Eucharystii. Dlatego spędzał przed tabernakulum długie godziny na adoracji, „o świcie lub wieczorem”. „On tam jest!” – mawiał w czasie kazań, wskazując na tabernakulum. Świadom własnych ograniczeń, „pracowicie przygotowywał swe kazania i rozczytywał się wieczorami w dziełach teologów i mistrzów duchowych”. Uważał bowiem, że „Pan nasz, który jest samą prawdą, nie przywiązuje mniejszej wagi do swego słowa, niż do swego ciała”. Jego kazania były krótkie i proste. Wolał w nich ukazywać „pociągający aspekt cnót niż brzydotę wad”, a także „szczęście płynące ze świadomości, że jest się kochanym przez Boga, zjednoczonym z Bogiem, że żyje się w Jego obecności, dla Niego”.
Kapłan nie żyje dla siebie
Kapłan „nie żyje dla siebie; żyje dla was” – powtarzał swym parafianom św. Jan Maria. Dlatego, zdaniem Jana Pawła II, osoba Proboszcza z Ars jest „wymowną odpowiedzią” na próby kwestionowania tożsamości kapłana, która opiera się nie na uznaniu ze strony świata, lecz na jego uczestnictwie w staraniach Boga o to, aby wszyscy ludzie byli zbawieni. „Nasza kapłańska tożsamość objawia się w twórczym rozwijaniu przejętej od Jezusa Chrystusa miłości dusz” – tłumaczy Jan Paweł II. Z tego względu – jak to lapidarnie ujął papież Jan XXIII w encyklice „Sacerdotii Nostri primordia”, wydanej w setną rocznicę śmierci św. Jana Marii – kapłanowi nie wolno „żyć dla siebie”; ma kochać „wszystkich bez wyjątku”; nawet jego „myśli, wola, uczucia nie należą już do niego, lecz do Jezusa Chrystusa, który jest jego życiem”. Taki ideał kapłana ucieleśniał Proboszcz z Ars. Wyniszczony ascezą i chorobami zmarł on 4 sierpnia 1859 r. po 41 latach pobytu w Ars. Został beatyfikowany w 1905 r. przez św. Piusa X. Natomiast Pius XI kanonizował go w 1925 r., a cztery lata później ogłosił św. Jana Marię patronem wszystkich proboszczów Kościoła katolickiego. Jego imię zostało również włączone do Litanii do Wszystkich Świętych.
Rok jubileuszowy
Obecnie trwa w Ars rok jubileuszowy związany ze 150. rocznicą śmierci patrona proboszczów. Jego obchody rozpoczęły się 8 grudnia 2008 r. otwarciem „drzwi świętych” tamtejszej bazyliki. Potrwają one do 1 listopada 2009 r. Swego błogosławieństwa dla pielgrzymów przybywających w roku jubileuszowym do grobu św. Jana Marii Vianneya udzielił papież Benedykt XVI. Można tam też uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami. Centralnym punktem roku jubileuszowego będą uroczystości 4 sierpnia, kiedy przypada liturgiczne wspomnienie Proboszcza z Ars.
Alba podarowana Świętemu przez matkę
Chrześcijanin, który chce zbawić swoją duszę, zaraz po przebudzeniu kreśli na sobie znak krzyża, oddaje swoje serce Bogu, ofiaruje Mu wszystkie swoje uczynki i przygotowuje się do modlitwy. Bez niej nigdy nie idzie do pracy - bierze wodę święconą, klęka i modli się przed wizerunkiem Ukrzyżowanego. Nigdy o tym, bracia, nie zapominajmy - od dobrze rozpoczętego dnia zależy cały szereg łask, jakich udzieli nam Bóg, żebyśmy dzień przeżyli w sposób święty.
Św. Jan Vianney Bóg znajduje największą radość w przebaczaniu./z nauk św. Jana V./
|
|
Zmieniony ( 05.06.2010. )
|
|
Czytaj całość…
|
|
| |
|
|
|